Po kilku minutach stoimy razem,
wypatrując patrolu Straży Miejskiej. Celowo stanęliśmy nieco na uboczu,
na tyle jednak blisko, by obserwować przechodzących obok ludzi.W większości reakcji nie było żadnej. Raz tylko przy leżącym zatrzymał się jakiś elegancko ubrany człowiek i wyjął z marynarki telefon.
Schował go, gdy mu powiedziałem, że właśnie dzwoniliśmy po strażników. Stojący obok starszy mężczyzna, słysząc moją informację, zaczął na mnie krzyczeć: – I po co pan zadzwoniłeś? Przecież nic mu nie zrobią… Nawet go nie spiszą, bo on i tak tutaj zaraz wróci… Szkoda było tylko pańskiego czasu i telefonu. Po coś pan dzwonił? Trzeba było pozwolić mu tutaj zdechnąć… Takich śmieci jest więcej, ale nie bój się pan; ten pijaczyna dostanie szybciej emeryturę niż pan – cedził na całe gardło tak głośno, że inni czekający na autobus bacznie się nam przyglądali.
jakoś próbowałbym zignorować natręta. , dlatego dość dyskretnie ale dobitnie powiedziałem dziadkowi, co myślę o nim i o jego mądrościach. Widocznie się tego nie spodziewał, bo odszedł bez słowa, jakby rażony moim tekstem.
Po chwili przyjechali strażnicy, wsadzili pijanego do samochodu i odjechali. Ja zostałem… Sam… ze swoimi myślami tylko. Myślałem o tym, w którym z tych dwóch ludzi Jezus był dzisiaj bardziej obecny; w tym człowieku, który dotknął dna wpadając w alkohol, czy może w tym, który dotknął dna, nazywając drugiego człowieka śmieciem?
Panie Boże, jak trudno czasem z miłością popatrzeć na innych. Szczególnie na tych, którzy sami z miłością nie patrzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz